Rozdział V

niedziela, 16.stycznia.2011, 18:44
Tell me that you love me baby,

Like no other can,

Love you like no other baby,

Like no other can.

I wanna be your man,

I wanna be your man.
Kiedy się od niej odsunął, krew zawrzała w niej jeszcze bardziej.
- Ty tępy, głupi, egoistyczny idioto! - każdemu wykrzyczanemu słowu towarzyszyło uderzenie McCartneya ręcznikiem w głowę. - Co ty sobie wyobrażasz?
- Kobieto! Puchu marny! Ty wietrzna istoto! Zaraz mnie zabijesz!
- Ja ci dam wietrzną istotę, tak ci dam, że wyfruniesz za okno - wycedziła, stając w bojowniczej postawie. Kiedy Paul na nią spojrzał, po prostu nie mógł się opanować. Zaczął się śmiać tak głośno, że przez chwilę nie łapał tchu. Stała tam, cała zarumieniona, potargana, w rozchełstanym szlafroku, w bojowniczym rozkroku i cisnęła gromy z oczu.
- Dobra, Margaret, koniec żartów.
- Dokładnie tak. Koniec żartów. Więc po prostu stąd wyjdź.
Spojrzał na nią bez zrozumienia.
- Teraz?
- Widzisz w tym coś dziwnego? - powiedziała chłodno. - Przyszedłeś po aktówkę - mówiąc to wcisnęła mu teczkę w ręce - więc daję ci ją i radzę jak najszybciej zniknąć, zanim stracę nad sobą panowanie.

Szedł spokojnie ulicą, trzymając jedną rękę w kieszeni. Jak na kogoś, kto zazwyczaj stawia na swoim i osiąga wymierzone cele, Paul McCartney był teraz wyjątkowo spokojny. Na jego twarzy gościł szeroki uśmiech, co mogło być dziwne, skoro przed chwilą kobieta - co tam, kobieta, ledwo podlotek! - wypchnęła go właśnie z mieszkania, którego pustka była tak zachęcająca... Wiedział już, że dziewczyna nie ma w ogóle doświadczenia, skąd łatwy wniosek, że prosto będzie sobie ją owinąć wokół palca. Dlaczego tak się na nią uparł? W sumie sam nie wiedział. Może to głupia chęć zaimponowania samemu sobie, że nawet siedemnastoletnia, niedoświadczona panienka ulegnie właśnie jemu? Jakiegkolowiek powodu by nie miał, na pewno nie wypływał z dobrych i dojrzałych intencji.
Gwizdał cicho, a w głowie zaczęły się układać słowa do nowej piosenki. Uśmiechnął się, wiedząc już, o kim będzie ta piosenka.*
Kiedy tylko zamknęła za nim drzwi, miała ochotę rzucić czymś ciężkim. Najlepiej w niego, chociaż nie miała ochoty wybiegać w szlafroku na ulicę i zacząć go okładać pięściami. Nie rozumiała kotłujących się w niej uczuć. Z jednej strony był to jej pierwszy pocałunek, taki, o którym każda dziewczyna marzy, żeby był wyjątkowy, oddany komuś nadzwyczajnemu. Z drugiej strony nie mogła powiedzieć, że jej się nie podobało i właśnie to ją martwiło. Przemożna chęć kopnięcia go w tyłek mieszała się z ochotą rzucenia się mu w ramiona.
- Już mi się w dupie poprzewracało - mruknęła pod nosem i poszła do łazienki, żeby dokończyć kąpiel.

- John, co się dzieje?
- Co? - zdezorientowany blondyn otrząsnął się z letargu. Odkąd urodził się Julian, był trochę nieprzytomny. Do tego Brian zabronił mu pokazywać się z żoną publicznie... a to wcale nie pomagało w ociepleniu sytuacji rodzinnej. Zastanawiał się, czy tak naprawdę kiedyś ją kochał, czy tylko chciał zdobyć i przywiązać do siebie. Rozpaczliwie szukał kogoś, kto będzie przy nim w każdym momencie jego życia, kto będzie stanowił pewnego rodzaju kostans. Cynthia nie była kobietą, która wychylała się z własnymi poglądami. Nie potrzebował kłopotu, potrzebował oparcia. Spokojna, cicha, niekonfliktowa Cyn wydawała się być idealna. Jednak gdyby nie Julian, nigdy by się z nią nie ożenił... pieprzone poczucie honoru.
- John, co cię gryzie? - Ringo przysunął krzesło do siedzącego Lennona i rozsiadł się na nim wygodnie. - Widzę, że coś jest nie tak.
- Po prostu mam dość tego pierdolonego związku - wybuchnął John. - Ja się uduszę w tym małżeństwie!
Richard zapalił papierosa, jak to miał we zwyczaju za każdym razem, gdy zbierał się do poważnej rozmowy.
- Sam się w to wpakowałeś, chłopie.
- Dzięki przyjacielu. Wiedziałem, że mogę oczekiwać nie ciepłe słowa otuchy z twojej strony.
- Nie wymagaj ode mnie kłamstw - spojrzał na niego cierpko. - Sam sprowadziłeś na siebie to nieszczęście, którego nieszczęściem bym nie nazywał, to zamiast biadolić i użalać się nad tym, jak jest źle i niedobrze, ruszyłbyś swój zacny tyłek i spróbował chociaż raz spojrzeć na to z szerszej perspektywy. Chłopie, ty nie powinieneś mieć dzieci, a już na pewno nie w tak młodym wieku!
- Powiedz mi coś, czego nie wiem.

W mieszkaniu Briana rozdzwonił się dla odmiany telefon. Rozeźlona Margaret szarpnęła za słuchawkę.
- Tak, słucham? - jej głos mógłby zamrozić nawet słońce na pustyni.
- Chyba dzwonię nie w porę - w słuchawce rozległ się głęboki głos Epsteina.
- Wybacz Brian, brałam prysznic.
- Nie szkodzi skarbie. Nie nudzisz się tam sama?
- Nie, wszystko gra - uspokajała go. “Jak cholera” pomyślała z przekąsem.
- Pomyślałem, że może poszłabyś gdzieś na miasto... z chłopakami.
Maggie prawie wypuściła słuchawkę z ręki.
- Żartujesz, prawda?
- Rozmawiałem z nimi, bardzo się cieszyli, że będą ci mogli pokazać miasto.. Będą o ósmej.

(dziesięć minut wcześniej)
- Nie będę niańczył żadnej rozwydrzonej siedemnastolatki!
- Potraktuj to jak polecenie służbowe, John.


*Chodzi oczywiście o “I saw her standing there” :>
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Rozdział IV

niedziela, 9.stycznia.2011, 12:20
Ojej ojej, ostatnio jestem wyjątkowo płodna. Żeby akcja się rozwinęła pojawia się zapowiedź nowych wątków z Johnem, Ringo i Harrisonem w rolach głównych :) Mam nadzieję, że wam się spodoba.

Dziękuję za wszyskie komentarze! Wen czuje się mile połechtany :)

Przez dobre kilka minut musiała zbierać swoją szczękę z podłogi. Za cholerę nie wiedziała, co się przed chwilą stało. Nie wiedziała, dlaczego tu przyszedł, bo właściwie nawet nie przedstawił jej powodu swojej rannej wizyty. Po głowie chodziło jej kilkadziesiąt różnych myśli na temat McCartneya, poczynając od “pieprzonego bufona” na “przez te oczy wygląda tak niewinnie” kończąc. Miała ochotę pobiec za nim i własnoręcznie go udusić.

Kolejny dzwonek do drzwi skutecznie wyprowadził ją z równowagi. Ktokolwiek stał za tymi drzwiami miał szczęście, że w zasięgu jej wzroku nie leżał żaden naostrzony nóż. Z zamachem otworzyła drzwi stając oko w oko z Ringo, wyraźnie zaskoczonego jej morderczą miną.

- Matko boska, czy dzisiaj jest jakiś festiwal Beatlesów? Nie możecie przyjść we czwórkę, tylko każdy z osobna? BYŁOBY MI PROŚCIEJ! - wrzasnęła.

- John czy Paul? - zapytał ze stoickim spokojem. - George niemógłby doprowadzić nikogo do stanu przedzawałowego.
Skrzydełka nosa Maggie rozszerzyły się niebezpiecznie. W końcu, oscylując między chęcią rozpłakania się a chęcią walenia głową w ścianę, przesunęła się, by Richard mógł wejść do mieszkania.
- Brian mnie prosił, żebym wpadł, zobaczył, czy wszystko gra. Osobiście nie mam ochoty bawić się w niańkę, ale kiedy menadżer prosi... to się nie odmawia - rozsiadł się wygodnie w miękkim fotelu i wyciągnął papierosy. - Masz coś przeciwko? - wskazał na fajki.
- Nie mam nic przeciwko - powiedziała przez zaciśnięte gardło. Jej wściekłość, którą wyładowała na bogu ducha winnym Starrze wciąż jeszcze nie wyparowała. - Przepraszam.
Mężczyzna wzruszył tylko ramionami.
- Zastanawiam się tylko, co się stało.
- Paul tu był.
- Fakt, sama jego twarz z rana może człowieka doprowadzić do wściekłości. A jeżeli jeszcze otworzy swój zacny otwór gębowy i zaczną się z niego wydobrywać dźwięki...
Maggie nie miała wyboru - musiała się uśmiechnąć. Choć poznała go dopiero wczoraj, z nich wszystkich wydawał się być najnormalniejszym, jeżeli w ogóle kogokolwiek z tej zacnej czwórki można było nazwać normalnym. Łagodził konflikty, służył radą i pomocą. Trzymał ich w kupie nawet wtedy, gdy się waliło. To właśnie o Starrze George powiedział “granie bez niego to jak jazda samochodem z trzema kołami”.
Streściłamu szybko treść rozmowy i zrobiła dwie mocne kawy. Usiadła naprzeciwko Beatlesa, czekając na komentarz z jego strony.
- Dla mnie to jest oczywiste, dla ciebie nie? - widząc jej oburzenie, malujące się na twarzy, dodał szybko - yyy, chyba jednak nie. Problem w tym, że ZAWSZE jesteście niezdecydowane. Poznał cię dopiero wczoraj, nie? Na wielką miłość od pierwszego widzenia bym nie stawiał, bo jesteśmy tylko facetami - przykro mi, słonko. Na odcisk też mu raczej nie nadepnęłaś, no, może dopiero dzisiaj rano w kuchni. Więc stąd prosta droga do wydedukowania, że chce się z tobą przespać. Jesteśmy wzrokowcami, taka smutna prawda i widząc ładną dziewczynę chcemy z nią iść do łóżka. Zakochać się można dopiero w duszy i umyśle.
- Wszystko ładnie pięknie i górnolotnie, tylko że...
- Tylko że co? - przerwał jej. - Nie powiesz mi, że nie poczułaś się mile połechtana. Taki właśnie jest z wami problem - pokazujecie święte oburzenie, kobieta to coś więcej niż tyłek i cycki, blablabla... ale poczuć się docenionym to miła rzecz, prawda?
- Ale ja mam siedemnaście lat! Matko boska!
- A on dwadzieścia jeden. Cztery lata różnicy - co to jest? Paulowi naprawdę zdarzały się wybryki z młodszymi od ciebie. Podejrzewam, że bardziej martwi go twoja niewinność, niż młody wiek.
- Ja mu dam niewinność... - burknęła pod nosem.
- Co tam gadasz?
- Nic, nic, kochany. Dzięki za rozjaśnienie sytuacji.
- Jest jeszcze jedna sprawa... zanim zdążysz zamordować Paula, zrobi to Brian. - powiedział, niepewnie wyciągając starannie złożoną gazetę. - Dzisiejsza. Widziałaś?
- ŻE CO? - jej oczy zrobiły się okrągłe jak spodki, gdy zobaczyła wczorajsze zdjęcie, na którym widnieje ona i McCartney. “KOLEJNA KOCHANKA MCCARTNEYA?”, krzyczał napis.
- “Wczorajszego wieczoru przyłapano Paula McCartneya (l.21) z niejaką Margaret Wren (l.17). Nie byłoby w tym jeszcze nic dziwnego, gdyby nie fakt, że wyżej wymieniona Margaret jest siostrzenicą menadżera The Beatles, Briana Epsteina. Czy McCartney chce coś ugrać na romansie z młodszą od siebie dziewczyną, czy też jest to czysty przypadek? Wszyscy z niecierpliwością czekamy na dalszy rozwój sytuacji” - przeczytała na głos słabnącym głosem. - Jezus maria, przecież ja z nim rozmawiałam. I tylko rozmawiałam.
- Uroki życia gwiazdy.

John Winston Lennon wychodził właśnie ze szpitala. Pomimo tego, że nie był zadowolony z małżeństwa, w które się wplątał, patrząc na swoją nowo narodzoną latorośl czuł dziwną mieszankę dumy i przerażenia. On ma syna. Ma syna! Jest ojcem!

Wtedy jeszcze nie zdawał sobie sprawy, że ojcostwo będzie się wiązało z obowiązkami, z którymi nie da się połączyć bycia gwiazdorem znanym na całym świecie. Rodzina - był to dla niego inny wszechświat, z którym niewiele miał do tej pory do czynienia. Pochodził z rozbitej rodziny, więc słowo to nie kojarzyło mu się z niczym dobrym. Chociaż ciota Mimi wychowywała go najlepiej, jak potrafiła, to nie mogła zastąpić mu matki i ojca. Lennon zatrzymał się i odpalił papierosa. Czy będzie mógł zapewnić Julianowi dom, którego tak bardzo jemu samemu brakowało w dzieciństwie?

W tym momencie zdał sobie sprawę, jak strasznie jest jeszcze niedorosły.

Ringo opuścił mieszkanie Briana i skierował się ku studiu nagraniowemu. Żeby musiał robić za niańkę dla siedemnastoletniej smarkuli! Na szczęście dziewczyna była całkiem sympatyczna i poukładana, chociaż naiwna jak sarna na wiosnę. Budziła w nim jednak dobre, braterskie uczucia, które powodowały, że miał ochotę roztoczyć nad nią parasol ochronny. Na nieszczęście przypominało też o siostrze mieszkającej wciąż w Liverpoolu, z którą od czasów ich słynnej kłótni przed kilkoma laty nie utrzymywał kontaktów. Beatles pokręcił głową, wspominając wszystkie gorzkie słowa, jakie między nimi padły, po czym wszedł do studia. Nie było sensu się nad tym rozwodzić.

“Jestem najmłodszy. I co z tego?” - myślał George Harrison, brzdąkając na gitarze. “Jestem częścią tego zespołu, a nie jakimś pobocznym dodatkiem”. Prawda była taka, że od samego początku stał na uboczu, na co stanowczo nie miał dłużej ochoty. Następnym razem zgłosi kilka swoich pomysłów, a nie tylko dostosuje się do wytycznych pozostałych członków. Traktował ich jak braci, ale miał wrażenie, że oni wciąż widzieli w nim piętnastoletniego dzieciaka.

“- John, masz papierosa?

- Proszę, George. To duży papieros dla dużego mężczyzny - John poklepał go protekcjonalnie po głowie. Harrison jedynie się roześmiał.”

- Mała żmijka - wysyczał Paul, sącząc piwo w pobliskim pubie. - Ja jej dam. A to mała...! Potrzebuje mężczyzny, który skutecznie stłamsi jej chęci do dominacji i dla którego porzuci te górnolotne idee.

Tak naprawdę wzbudzała w nim dziwne uczucie kaca moralnego, którego nigdy wcześniej nie doswiadczył. Była tak niewinna (choć do słodyczy było jej stanowczo BARDZO daleko), tak naiwna, że nie miał serca zaciągnąć jej do łóżka. Problem w tym, że miał na to ogromną chęć. “Dobra stary”, zgasił papierosa, “nie pierdol i nie rozwodź się nad sobą jak stara baba”.

Wstał i znów skierował się w stronę mieszkania Epsteina. Gdyby nie to, że zostawił tam potrzebną mu aktówkę (po którą zresztą właśnie rano wrócił), prawdopodobnie byłby tak obrażony na Margaret, że nie chciałby się z nią widzieć.
Widząc go znów pod swoimi drzwiami wcale nie miała ochoty mu otwierać. Zdążyła wziąć prysznic i teraz paradowała po domu w mokrych włosach i szlafroku. W końcu, pewna że zaraz rozwali jej dzwonek, otworzyła. Kiedy ją zobaczył, rozum wypłynął mu chyba uszami. Delikatnie popchnął zaskoczoną dziewczynę do tyłu i zamknął za sobą drzwi.
- Co do cholery? - zanim zdążyła się zorientować w sytuacji, McCartney ją pocałował.
Nie był to taki pierwszy pocałunek, o jakim marzy niewinne dziewczę. Nie było w nim ani trochę czułości, miłości czy nawet radości. Była za to złość, pasja i ogromna namiętność. Paul przyparł ją do ściany, przytrzymując jej ręce tak, by nie mogła się wyrwać. Początkowo nieruchoma Margaret zaczęła się rozluźniać. Rozchyliła usta, pozwalając mu wsunąć język między jej wargi. Jej nabrzmiałe piersi ocierały się boleśnie o materiał szlafroka *.
Dopiero, kiedy oderwał się od jej ust i spojrzał w jej oczy wiedziała, że mają problem. Duży problem.

*Nie wiem czemu, ale miałam ochotę napisać “jęcząc i kwiląc ‘wypuśćcie nas na wolność!’ “ ;P
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Rozdział III

sobota, 8.stycznia.2011, 15:34
Odprowadzę cię? Kruszynko? Te trzy słowa niespecjalnie pasowały Maggie w kontekście jej własnej osoby, szczególnie wypowiadane przez Boskie Usta Boskiego Paula.
- Eee... - zacięła się elokwentnie. - Dzięki, ale myślę, że sobie poradzę.
- Dama nie może sama włóczyć się po ciemnych korytarzach tego przybytku - słowom tym, wypowiedzianym z charakterystycznym liverpoolskim akcentem, towarzyszyło podanie ramienia dziewczynie. Ta spojrzała na niego jakby miała do czynienia z wariatem.
- Chłopie, na głowę żeś upadł, że się tak wyrażasz? Ja mam siedemnaście lat, nie siedemdziesiąt!
Paul roześmiał się głośno, choć w jego głosie słychać było wyraźną ulgę.
- Całe szczęście, że nie zachowujesz się jak mała zasmarkana damulka. Eppie kazał być dla ciebie miłym, więc starałem się jak mogłem - puścił do niej oko i włożył dłonie w kieszenie. Z wesołymi iskierkami i pozie, którą przyjął, było coś mimowolnie zawadiackiego. Margaret przyjrzała mu się krytycznie. Skąd jej nagła niechęć do uwielbianych na całym świecie Chłopców? "Za szybko wyciągam wnioski", wymierzyła sobie mentalny policzek.
- To co, idziesz? - kiedy się ocknęła, McCartney był już kilka kroków przed nią.
- Idę, idę! - podeszła do niego i uśmiechnęła się. - Czuję, że dobrze wam się współpracuje z Brianem.
- Ba. Mało powiedziane. To jest żywa machina do zarabiania pieniędzy. Nie zrozum mnie źle - dodał szybko - nie chodzi o to, że traktujemy go przyjaźnie tylko dlatego, że mamy pieniędzy jak lodu. Jest dla nas kimś w rodzaju ojca. A ty... kim właściwie dla niego jesteś? - spytał, jakby nagle wyczuwając zagrożenie ze strony młodej towarzyszki.
- Jestem siostrą jego przyjaciółki z młodości. Młodszej młodości, Brian nie jest jeszcze taki stary. - Poprawiła się. - Nazywam go żartobliwie wujciem, ale nie ma między nami żadnego pokrewieństwa. Zresztą mieszkam w Liverpoolu, więc mogłam obserwować waszą karierę od początku.
Szli tak powoli, nie zwracając uwagi na ludzi krzątających się wokół nich. Stanowili dość zabawną parę, szczególnie, gdy spojrzało się na ich różnicę wzrostu - około dwudziestu centymetrów. Rozmawiali o czymś, oboje wyraźnie skrępowani swoim towarzystwem. Nie wiadomo, co powodowało ten chłodny dystans - zapewnienia Briana o "ucięciu łap" czy też może fakt, iż dopiero co się poznali?
- Dzięki za odprowadzenie. E, to do zobaczenia? - wyciągnęła ku niemu dłoń, by pożegnać się w ten formalny sposób. Przyzwyczajony do "och, kochany, nie odchodź, zostań jeszcze!" Beatles przez chwilę wpatrywał się w jej dłoń.
- Powinieneś uścisnąć - podpowiedziała mu, patrząc na niego kpiąco.
- Co? A, tak, wiem. - uścisnął szybko jej dłoń. Maggie odwróciła się i wyszła ze studia BBC, by tam poczekać na "wujcia".

- I co? I co? I CO? - krzyknął mu do ucha John, gdy tylko wrócił do garderoby. Paul spojrzał na niego z niesmakiem.
- Nie zachowuj się jak rozhisteryzowana nastolatka.
John spojrzał na niego z rezygnacją.
- Czyli nie będzie miziu-miziu? Nie patrz tak na mnie, od początku widzę, że masz na nią chętkę. Czyżby Panna Dystyngowanna odrzuciła twoje końskie zaloty?
Zanim McCartney zdążył mu się odgryźć w drzwiach stanął Epstein, wręcz promieniejący zadowoleniem i dumą ze swoich podopiecznych.
- Jak zwykle idealni. Ale mam dla was jeszcze lepszą wiadomość - jadę załatwiać sprawy związane z październikowym tournee po Szkocji. Nie będzie mnie kilka dni w Londynie, ale chciałbym, żebyście pojechali dzisiaj ze mną do mieszkania, omówić kilka istotnych spraw. Ringo, mogę cię prosić na słówko?
Zdziwiony perkusista wstał i jak zwykle bez słowa podszedł do menadżera.

Wieczór upłynął im w szampańskich - dosłownie - nastrojach. Rozmawiali o wszystkim, starając się unikać poważnych tematów. Omówili szkocką trasę i określili warunki, ale potem przystąpili do żartowania. Margaret obserwowała ich, po czym wyciągnęła wniosek, że to wciąż chłopcy, a nie poważni mężczyźni, którymi powinni już być. Traktowali ją trochę jak małe dziecko, choć w rzeczywistości powinno być na odwrót. Jedynie Ringo zabawiał ją rozmową, widząc jej wyraźne skrępowanie. Wydawał się być miłym, spokojnym facetem, który niejednokrotnie ostudzał zapał pozostałych, wymagając od nich konkretów, a nie tylko błahych mrzonek. Mimo wszystko wymówiła się bólem głowy i czmychnęła do drugiego pokoju. Nie było jednak jej dane zaznać spokoju.
- Dlaczego cały czas uciekasz, kiedy tylko pojawiamy się w twoim otoczeniu? Chyba się nie boisz? - spojrzał na nią roześmiany Paul, wchodząc do sypialni, w której skryła się z książką. - Ile ty masz właściwie lat?
- Siedemnaście. - odpowiedziała, siadając prosto i odkładając książkę na bok. - Jestem w college'u.
- Well, she was just seventeen, you know what I mean... - zanucił cicho takim głosem, że Maggie zarumieniła się lekko. Basista nie był do końca trzeźwy, ale nie stracił jeszcze kontaktu z rzeczywistością. Po prostu był trochę bardziej rozluźniony niż zwykle. O ile się da.
- Zastanawia mnie, czemu w ogóle się tobą interesuję. - powiedział, nagle poirytowany. - Jesteś tylko kolejną siedemnastolatką, którą spotykam.
Już chciała mu powiedzieć coś kąśliwego, gdy drzwi się uchyliły i wpadła do nich reszta towarzyszy. Nie mieli szans, stratowani przez trójkę przyjaciół.

Margaret rozkoszowała się błogą ciszą, która dźwięczała jej w uszach, a o której marzyła od wczorajszego wieczoru. Brian wyjechał na cztery dni zostawiając jej swoje mieszkanie pod opieką, pełną lodówkę i wolną rękę. Ale dla niej najważniejszą rzeczą, którą mogła się teraz nacieszyć bez ograniczeń, była wielka biblioteczka stojąca w salonie i półka z płytami winylowymi, na które Eppie nie szczędził pieniędzy. Po przebudzeniu wstała, ziewnęła i wyciągnęła starannie wybraną książkę z półki. Nastawiwszy cicho gramofon, z którego popłynęło żywe "Twist and shout!", wróciła do czytania opowiadań Michaiła Bułhakowa. Chociaż uwielbiała książki, dzisiaj wyjątkowo nie mogła się skupić, bo wciąż nachodziła ją wizja brązowych, smutnych, wielkich jak u spaniela oczu.
Zaczęła się robić podejrzliwa. Nigdy nie chciała z góry oceniać nowo poznanych ludzi, ale wystarczyło jej to, że słyszała kilka ich rozmów, tak diametralnie różniących się od ich wizerunku medialnego. Sam Epstein często powtarzał, że "to dobre chłopaki, tylko za rzadko myślą głową", co tylko potwierdzało jej przypuszczenia. Nie było w tym jednak nic nagannego, bo przecież skoro mieli sławę i pieniądze, dlaczego mieliby nie korzystać i z jednego i z drugiego? A kobiety, które decydowały się na spędzenie jednej, czasem dwóch nocy z nimi, doskonale powinny wiedzieć, w co się pakują. Nie dało się jednak zaprzeczyć, że Paul i John niejednokrotnie odkrywali swoją samczą stronę i wychodził z nich zwykły sukinsyn. Czasem bagatelizowali całą sprawę, jakby nie wiedzieli, że jeden ich uśmiech może złamać całe życie dziewczyny.
Dopiero natarczywy dźwięk dzwonka wyrwał ją z zamyślenia. Zła, że musi wychodzić z ciepłego posłania, powlokła się do drzwi. Ku swojemu zaskoczeniu zobaczyła w nich Paula.
- Cześć, kruszynko.
- Nadal nie wiem, czemu tak do mnie mówisz. Brian wyjechał i kazał mi nie wpuszczać was do domu, bredząc coś o wilkach owczej skórze.
- Pytanie więc, czy jesteś gotowa podjąć tak wielkie ryzyko, jakim niewątpliwie jest wpuszczenie mnie do środka? - powiedział z jawną kpiną.
- Myślę, że podołam. Ale jest siódma rano, o tej porze nawet twój urok osobisty szwankuje. - przesunęła się, tak, by mógł wejść do środka. Zamknęła drzwi i wróciła do salonu.
- Wybacz za mój mało seksowny strój - powiedziała, patrząc na powyciąganą piżamę i w pośpiechu zarzucony bawełniany szlafrok. Jedyną osobą, której się spodziewałam jest listonosz, a on raczej nie padłby na zawał widząc mnie w takim wydaniu.
- Jest okej, nie przejmuj się. - odparł, jakby nie dostrzegł wyraźnej ironii w jej głosie.
- Kawy?
- Z chęcią - wziął do ręki książkę, którą czytała kilkanaście minut temu. - Bułhakow? Nie wiedziałem, że lubisz literaturę rosyjską.
- A także angielską, niemiecką, francuską... właściwie każdą, pod warunkiem, że jest dobra.
- Lubisz czytać, co? Problem w tym, kruszynko, że z książek życia się nie nauczysz.
Odwróciła się ku niemu i oparła o blat kuchenny.
- Nieprawda. Zamiast popełniać błędy i odczuwać ich skutki na własnej skórze, czytam o cudzych.
- A co będziesz potem wspominać? Wieczory przy kominku razem z kotami? Swoje idealnie nudne życie? Szarą codzienność? Popełniłem wiele błędów...
- I stałem się cynicznym, zapatrzonym w siebie dupkiem? - powiedziała z niechęcią.
- Umiejętność wydawania zbyt pochopnych opinii też wyczytałaś z tych swoich mądrych książeczek? - McCartney znalazł się teraz zdecydowanie zbyt blisko niej. Przełknęła głośno ślinę, czując jego męski zapach stanowczo ZBYT BLISKO. Zacisnęła powieki.
- A prawda jest taka... - wymruczał jak kot - że chuja wiesz na mój temat. Nie kłopocz się, kawę wypiję po drodze.
Gdy otworzyła oczy jego już nie było.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Rozdział II

piątek, 7.stycznia.2011, 18:45
And when I, I want to kiss you, yeah.
All I gotta do,
Is whisper in your ear
The words you long to hear,
And I'll be kissin' you

- Mimo wszystko rozumiem ich opór przed wprowadzaniem krewnych i znajomych królika do studia nagraniowego – powiedziała Maggie, składając porozrzucane po całym mieszkaniu koszule Briana. Porządek albo nie był jego najmocniejszą stroną, albo najzwyczajniej nie miał na niego czasu. Cały czas załatwiał sprawy związane z zespołem, więc praktycznie nie przebywał w domu.
- Dlaczego? – spytał tylko, zawiązując krawat przed lustrem. Po chwili dodał jeszcze – jesteś jedną z nielicznych znanych mi kobiet, które postrzegają ich wybór jako dobry. Niejedna duszyczka dałaby wszystko co ma, by zobaczyć ich w studiu.
- Mógłbyś się skupić, gdyby jakaś rozwrzeszczana fanka kłapałaby ci dziobem nad głową? Nie wiem jak ty, ale ja najchętniej zdzieliłabym ją gitarą w łeb. Może by otrzeźwiała – zauważyła z przekąsem. – Nie rozumiem ich zachowania. To znaczy, wiesz, fakt, brzydcy to oni nie są, śpiewać umieją, a uśmiechy mają powalające. Tylko żeby od razu tracić rozum? Zdarzało mi się chodzić trzy dni po domu nucąc po nosem „Love, love me do, you know I love you”, ale to co się dzieje na ich koncertach to jest tragifarsa!
- Ale przynajmniej opłacalna tragifarsa – uśmiechnął się, gdy dostrzegł jadowite spojrzenie Maggie odbijające się w lustrze – Idziesz czy zostajesz, kochana?
- Idę, nie odpuszczę!
Maggie zachwycała się tętniącym życiem Londynem. Było w nim coś, czego nie było w, chociaż dużym, Liverpoolu. Jej rodzinne miasto było portem, może dlatego tak bardzo różniło się od stolicy Anglii. Była oczarowana mnogością sklepów, wielobarwnym tłumem, Big Benem i temu podobnymi. Zachwyciło ją muzeum figur woskowych Madame Tussaud, Tower Bridge czy Muzeum Historii Naturalnej. Gdyby nie to, że rozumiała, iż towarzyszący jej mężczyzna musiał spieszyć się do pracy, z chęcią weszła by do wszystkich atrakcji po drodze. Czuła się jak małe dziecko, które dostało lizaka, jednak w końcu odprowadziła go na Abeby Road. Ich obecność na ulicy wzbudziła niezwykłe poruszenie w budynku.
- Psst, John, znowu tu idą!
- Są razem?! – Lennon zerwał się z krzesła i wyjrzał na ulicę.
- Zdaje mi się, że to właśnie próbujecie ustalić, prawda? Wiecie, że to się nazywa „niezdrowe zainteresowanie czyimś życiem”? – Paul stanął obok Johna i Ringo i wyjrzał za okno, odpalając papierosa. Zaciągnął się dymem i spojrzał na towarzyszkę ich menadżera.
- Jakaś taka młoda, nie uważacie? Z chłopców przerzucił się na nieletnie? – przyglądał się parze za oknem, żywo o czymś dyskutującej.
- Ej, Paulie, czyżby niezdrowe zainteresowanie czyimś życiem? – spojrzał na niego rozbawiony John. – Wydawało mi się, że takie bzdury cię nie interesują?
- Jestem niczym wasz brat – McCartney położył dłoń na swej piersi w dramatycznym geście – Co was interesuje, to interesuje i mnie! W jaką sprawę się angażujecie, to i ja się angażuję całym sobą! Co wasze, to moje! Co moje, to w… dobra, chyba się trochę zagalopowałem. Okej, okej, wracamy do gry!
- The one, the two, the three!
Brian wszedł do studia i stanął obok Georga Martina w reżyserce. Spojrzał na swoich podopiecznych z nieukrywaną radością. Nie tylko dzięki nim dobrze zarabiał, ale był też pewny, że wpisze się na stałe do historii muzyki. Już niedługo jego przypuszczenia miały się sprawdzić.
- Eppie! Kochany mój! – wydarł się Harrison na jego widok. – Z kim tak bezczelnie romansujesz?!
Mężczyzna spojrzał na niego ze zdziwieniem, choć nie bez rumieńca na twarzy. Kompletnie nie spodziewał się takiego pytania, tymbardziej, że jego obserwacja była tajemnicą poliszynela. W ogóle nie pomyślał, że ktoś mógłby go podejrzewać o schadzki z młodziutką Margaret!
- Cóż to była tajemnicza kobitka za oknem, Brian? Czyżbyś wychodził na prostą? – John oparł się o framugę drzwi i splótł ręce na wysokości piersi. – I nic nam o tym nie mówisz?
- Przestańcie w tej chwili, nie macie lepszych rzeczy do roboty? – nie miał ochoty wystawiać im jak na srebrnej tacy własnej siostrzenicy, szczególnie że Chłopcy nie ukrywali zainteresowania płcią piękniejszą.
- Powiedz chociaż kim jest ta urocza istota, zanim zaczniemy cię podejrzewać o pedofilię – do pokoju wszedł teraz także Paul, odpalając kolejnego papierosa. Epstein spojrzał na niego z niesmakiem.
- Nałóg cię wykończy. Oby wcześniej niż później.
Paul posłał mu jeden ze swoich powalających uśmiechów, któremu nikt nie mógł się oprzeć. Menadżer nie był tu wyjątkiem. W końcu westchnął cicho i powiedział:
- Moja siostrzenica. Przyszywana. Dowiem się, że którykolwiek z was ją tknął choćby palcem, to własnoręcznie utnę mu łapy. Nie żartuję. Jeden z was nigdy więcej nie będzie mógł grać.
- Ale seks nadal będzie wchodził w grę – wzruszył ramionami John. Ringo parsknął cicho, widząc miażdżące spojrzenie Briana. Tylko Paul nic nie mówił, wyraźnie zastanawiając się nad czymś intensywnie.
***

- Chryste panie, ogłuchłem! – krzyknął John na tyle głośno, na ile pozwalało mu na to zdarte gardło. – Do jasnej cholery, jak one się nie zamkną to ja to zrobię, jak mamcię kocham!
- A ty opierałbyś się takim pięknym, niewinnym uśmiechom? Ja mdleję na ten widok każdego dnia rano, gdy tylko patrzę w lustro.
- Z taką twarzą jak twoja też bym mdlał, Paul. Z przerażenia.
- Ale do Hamburga to by się w sumie chętnie wróciło… - rozmarzył się ni z tego, ni z owego George, opierając głowę o dłoń. – Ech, było w tym coś magicznego. A teraz? Brytyjki są takie… dystyngowane!
- Za to jak wskakują ci do łóżka to nie narzekasz, co? – zakpił John.
- …znowu rozmawiacie o seksie? – głowa Ringo pojawiła się w drzwiach. – Jesteście tacy monotematyczni. Trochę inwencji twórczej, panowie! Piszecie takie piękne teksty o miłości!

„Spokojnie, przecież cię nie zjedzą” – pomyślała Maggie w drodze do garderoby Beatlesów. „To dobrzy faceci. Spytasz tylko o to, gdzie ich menadżer, grzecznie podziękujesz, rzucisz coś o autografach i wyjdziesz”. W końcu stanęła przed drzwiami i zapukała. Po usłyszeniu chóralnego „proszę” weszła i zetknęła się twarzą w twarz z czwórką wlepionych w nią par oczu.
- Eee, przepraszam, że przeszkadzam – zamrugała, zaskoczona intensywnością ich spojrzeń. Cofnęła się lekko, instynktownie podchodząc bliżej drzwi. – Szukałam tylko Briana. Nie wiecie, gdzie może być?
- Niestety nie, przykro mi – pierwszy odezwał się Paul. – Może jest w gabinecie dyrektora.
- Prosząc grzecznie o kolejny występ… - dodał John z szelmowskim uśmiechem, za co dostał kuksańca. Paul spojrzał na niego, po czym pewien że John zrozumiał jego spojrzenie, dokończył:
- Ale zawsze możesz poczekać tu z nami, piękna pani.
Zmieszana Maggie zarumieniła się po same czubki swoich brązowych włosów.
- Mniemam, że to ty wczoraj odprowadzałaś tego starego szelmę pod nasze studio? Ty jesteś jego siostrzenicą? Nie sądzę, by jakakolwiek dziewczyna w twoim wieku była z nim po imieniu.
- Nigdy nie wiesz, co robi nasz kochany Eppie w samotności.
- John, zamknij się.
Oczy Margaret robiły się coraz większe. Spojrzała na nich tak zdziwiona, że nie była w stanie wykrztusić słowa. - Dzięki za propozycję, ale… lepiej poczekam na niego na zewnątrz. Miło było was poznać – czym prędzej czmychnęła z garderoby.
- Kim są, do cholery – powiedziala pod nosem. – ci faceci?
Nagle poczuła, jak drzwi pod jej plecami próbują się otworzyć. Odskoczyła akurat by zobaczyć w nich uśmiechniętą twarz Paula.
- Odprowadzę cię, kruszynko.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Rozdział I

czwartek, 6.stycznia.2011, 16:42
Close your eyes and I'll kiss you
Tomorrow I'll miss you,
Remember I'll always be true.
And then while I'm away,
I'll write home every day
And I'll send all my loving to you.


Londyn, 1963.
- Kurwa, John, czy mógłbyś zagrać dzisiaj chociaż jedną cholerną nutę poprawnie? - Paul McCartney spojrzał groźnie na swojego przyjaciela. Po ostatniej nocy żaden z nich nie miał ani weny twórczej, ani chęci, ani nawet siły do grania. Pomimo że wszyscy czterej bezsprzecznie kochali muzykę (a także, nie czarujmy się, profity, które z niej płynęły), to nawet w ich życiu zdarzały się chwile, kiedy najchętniej rzuciliby instrumentami o podłogę i wybiegli z krzykiem ze studia.
- Staram się, nie widzisz? - wycedził przez zęby Lennon, odwzajemniając się jeszcze groźniejszym spojrzeniem zmrużonych oczu, w którym było równocześnie coś wyzywającego - pozostałość po szalonych latach bolesnego procesu dorastania. Dzisiejszy poranek stanowczo nie należał do najmilszych i najciekawszych poranków jego życia. Wręcz przeciwnie.
- Może gdybyś założył okulary to w końcu zacząłbyś dostrzegać gdzie leżą struny - dogryzł mu najmłodszy z Beatlesów, George. Jedynie Ringo siedział całkiem spokojnie przy swojej ukochanej perkusji, paląc jak zawsze papierosa. Czasem naprawdę zastanawiało go, dlaczego u licha los kazał spotkać się czwórce tak różnych osobowości? A co dziwniejsze, z tego spotkania wyszły same dobre rzeczy. Jak na razie. Jako jedyny z całej czwórki Beatlesów był takim, jakim przedstawiały go media - spokojnym, nieskomplikowanym facetem z poczuciem humoru.
I dużym nosem.
- Zamknij się George. Stanowczo muszę się trochę przespać.
- Dla odmiany prześpij się sam, a nie prześpij się z kimś.
- Zabawne jak cholera. Ja przynajmniej mam z kim sypiać - odciął mu się muzyk i zaczął brzdąkać na swojej gitarze marki Rickenbacker.
Paul wzniósł oczy ku górze. Nie, wcale nie miał dość. Czego miałby nie lubić w swoim kawalerskim życiu? Tabuny, stada biegających za nim kobiet. Co noc inna dziewczyna w łóżku. Niepłacenie rachunków w restauracjach. Wygodne mieszkanie. Swobodny dostęp do zwykle trudnych do zdobycia, khem, środków odurzających. Co najzabawniejsze, nawet nie wiedział, ile ma pieniędzy - bo i po co? Brian jak zwykle wszystko załatwiał wystarczyło mu odesłać rachunek.
Byłby hipokrytą, gdyby powiedział, że takie życie mu nie odpowiada. Cholera, człowiek w wieku dwudziestu jeden lat naprawdę nie pragnie kogoś, kto wywróci jego życie i zrobi w nim burdel. Wraz z trójką przyjaciół uwił swoje gniazdko i w nim egzystował. Zero zobowiązań, poza tymi wobec wytwórni. Sam sobie panem i wyrocznią.
- Zajmijmy się lepiej już graniem, bo Eppie nas prześwięci.

W Woolton - jednej z dzielnic Liverpoolu - było cicho i spokojnie. Nikt nie biegał, nikt nie krzyczał, nikt nie robił zamieszania. Uczniowie powyjeżdżali na wakacje lub zaszyli się w innych dzielnicach Liverpoolu, dorośli poszli w pracy, względnie siedzieli w domach przy herbacie. Dzień jak co dzień.
Tym dziwniejsze było pojawienie się jednego z najbardziej wpływowych - choć niekoniecznie znanych - ludzi obecnego dziesięciolecia. Brian Epstein, bo tak właśnie się nazwał, zastukał do drzwi domu przy Mabeley Street 165. Po chwili oczekiwania drzwi uchyliły się i stanęła w nich niska, pulchna kobieta, która uśmiechnęła się szeroko na jego widok.
- Brian! Taka niespodzianka! - przepuściła go, tak by mógł wejść do jej przytulnego domku. Epstein uśmiechnął się do niej i zaczął ściągać w przedpokoju płaszcz. Po chwili siedzieli już w salonie, a kobieta raczyła go świeżo zaparzoną herbatą. Mimo młodego wieku wychowywała swoją siostrę - ich rodzice zginęli kilka lat temu w nieszczęśliwym wypadku samochodowym.
- Co cię tu sprowadza, kochany? Myślałam, że przebywasz ze swoimi chłopakami w Londynie - spytała go po chwili. - Widziałam wiadomości. Robią wielką karierę, nieprawdaż?
Mężczyzna otworzył usta, ale Molly przerwała mu machnięciem dłoni.
- Nieważne, nieważne. Nie sądzę, byś miał ochotę o nich ciągle, w koło rozmawiać. Powiedz lepiej, co u ciebie!
- Trasa, koncerty, praca, nagrania, jeszcze więcej koncertów. Dla człowieka kochającego muzykę to raj - wykańczający, to prawda, ale raj - uśmiechnął się do kobiety.
Dawno nie był w tym domu. Wiedział jednak, że nic się tu nie zmieniło od czasów, kiedy gościł tu po raz ostatni. Molly dbała o siostrę tak, jakby była jej własnym dzieckiem. Panowała tu ciepła, miła atmosfera, której niejeden człowiek mógłby pozazdrościć. Ona nie dbała o konwenanse tak mocno, jak wiele starszych matron, wychowujących swoje córki na takie same nudziary, jakimi były same. Liczyły się ze zdaniem sąsiadów, dbał o to, by nie traciły cnoty z kimkolwiek poza własnym mężem. Gdyby tylko wiedziały że zazwyczaj miewało to odwrotny skutek...
- Margaret jest w domu, czy wyszła gdzieś z przyjaciółkami?
- Jest, jest zaraz ją zawołam - Molly podeszła do schodów i krzyknęła - Maggie! Wujek Brian przyjechał!
Po chwili dało się usłyszeć głośny tupot stóp zbiegających z góry na dół. Niedługo potem Brian nie widział już nic poza ciemnością, gdy "siostrzenica" rzuciła mu się na szyję, obdarzając gorącym uściskiem.
- Witaj, kochanie. Też się cieszę, że cię widzę - wysapał, próbując złapać oddech. - Co za powitanie.
Gdy usiadła w fotelu na przeciwko niego, przyjrzał jej się dokładniej. To nie była już mała dziewczynka, którą zapamiętał. Wyrosła na młodą kobietę, a do tego całkiem nieprzeciętną. Nie miała figury modelki, ale przeciwnie - była lekko zaokrąglona. Miała delikatną, jasną karnację, tu i ówdzie usianą piegami, które apogeum osiągnęły na jej małym nosie. Była szczęśliwą posiadaczką niebieskich oczu, które niewątpliwie były jednym z jej atutów, oraz włosów których koloru nie dało się inaczej określić, jak po prostu brązowe. Żadne tam kasztany, orzechy czy mahonie - zwykły, jasny brąz. Do tego wszystkiego nie niszczyła ich trwałymi, pozwalając spływać im na ramiona, a twarzy nie postarzała makijażem. Cały jej urok tkwił w jej lekkości i świeżości.
- Przyszedłem, bo mam właściwie sprawę do was dwóch. Są wakacje...
- Wujku, chyba nie masz na myśli... - zaczęła niespokojnie Margaret, przyglądając mu się podejrzliwie. Kiedyś obiecał jej, że tam pojadą. Molly nie chciała przenosić się do większego, niebezpiecznego miasta, ale była skłonna zgodzić się na krótki wyjazd pod okiem czujnego Briana. Byłaby spokojna, że młodszej siostrze nic nie grozi.
- Wyjazd do Londynu. Obiecałem ci, pamiętasz?
- Matko boska i wszyscy święci! I zastępy anielskie w gratisie! - krzyknęła siedemnastolatka. - Umarłam i poszłam do nieba? Naprawdę?
- W niebie są ładniejsze anioły.

***
Londyn, wciąż i niezmiennie rok 1963.
- Jasna cholera, Eppie wrócił! - George wbiegł do mieszkania Paula na tyle gwałtownie, że obudził basistę.
- Chłopie, co ty pierdzielisz od samego rana? Jest dopiero - tu udało się usłyszeć rozdzierający jęk, gdy McCartney spojrzał na tarczę zegara - szósta dwanaście, a ty już jesteś upalony?
- To nie żart, stary. Brian jest w drodze z lotniska do studia.
- Czy ten człowiek oszalał?! On chyba nie spodziewa się, że będziemy nagrywali po nocy? Od zmierzchu do świtu, a raczej - od świtu do następnego świtu? - mężczyzna od razu się rozbudził i wyskoczył z łóżka jak oparzony.
- Nie wiem, czego oczekuje, ale lepiej żebyśmy spełnili te oczekiwania. Nie mam serca sprawiać mu przykrości. To nieetyczne. Powinni zabronić bycia miłym.
- Nie gadaj, tylko lepiej dzwoń do reszty i każ im ruszyć swoje zacne tyłki! - Paul był w trakcie wciągania na siebie czystej koszuli. - To będzie długi dzień.
Kilkadziesiąt minut później Chłopcy w liczbie trzech - Ringo zagubił się gdzieś w akcji - pojawili się w studiu nagraniowym, zapewniając, że czujnie pracowali nad nagrywaniem płyty. Epstein wydawał się być zadowolonym z ich postępów i po omówieniu detali pokazał im grafik na najbliższe dni. Zgodnie z jego oczekiwaniami usłyszał pomruk niezadowolenia, który szybko ucichł pod jego spojrzeniem.
Wychodząc, minął zdyszanego Richarda, który stanął jak wryty na widok, którego był świadkiem.. Gdy Ringo wbiegł do studia, od razu ujawnił im Tajemnicę Miesiąca.
- Wiecie coś na temat tej kobiety, z którą właśnie idzie przez Abbey Road pod rękę nasz ukochany menadżer?
John i George jak jeden mąż rzucili się do okna.
- No ładnie, ładnie. To nam Eppie ściemniał ze swoim pedalstwem!* - gwizdnął Lennon z zaskoczeniem. - To mu dam popalić jutro.
Jedynie Paul znów wziął w objęcia najważniejszą kobietę swojego życia - gitarę.
- Zamiast pieprzyć, zajmijcie się lepiej pracą?
- Dobrze mamusiu - dogryzł mu John, ale potulnie zajął swoje miejsce.







* Żeby nie było niejasności - jestem tolerancyjna, ale John raczej "nie przepadał" za homoseksualistami. Tak jak większość ludzi w latach 60 (do 1967 roku homoseksualizm w Anglii był karany!).
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:



[ Am & layout4you ]



księga:

zobacz
dodaj

archiwum:

2011
styczeń (5)



linki:

Szablony i dodatki
Alcoholic!
Layout4u