Powrót

Rozdział V

niedziela, 16.stycznia.2011, 18:44
Tell me that you love me baby,

Like no other can,

Love you like no other baby,

Like no other can.

I wanna be your man,

I wanna be your man.
Kiedy się od niej odsunął, krew zawrzała w niej jeszcze bardziej.
- Ty tępy, głupi, egoistyczny idioto! - każdemu wykrzyczanemu słowu towarzyszyło uderzenie McCartneya ręcznikiem w głowę. - Co ty sobie wyobrażasz?
- Kobieto! Puchu marny! Ty wietrzna istoto! Zaraz mnie zabijesz!
- Ja ci dam wietrzną istotę, tak ci dam, że wyfruniesz za okno - wycedziła, stając w bojowniczej postawie. Kiedy Paul na nią spojrzał, po prostu nie mógł się opanować. Zaczął się śmiać tak głośno, że przez chwilę nie łapał tchu. Stała tam, cała zarumieniona, potargana, w rozchełstanym szlafroku, w bojowniczym rozkroku i cisnęła gromy z oczu.
- Dobra, Margaret, koniec żartów.
- Dokładnie tak. Koniec żartów. Więc po prostu stąd wyjdź.
Spojrzał na nią bez zrozumienia.
- Teraz?
- Widzisz w tym coś dziwnego? - powiedziała chłodno. - Przyszedłeś po aktówkę - mówiąc to wcisnęła mu teczkę w ręce - więc daję ci ją i radzę jak najszybciej zniknąć, zanim stracę nad sobą panowanie.

Szedł spokojnie ulicą, trzymając jedną rękę w kieszeni. Jak na kogoś, kto zazwyczaj stawia na swoim i osiąga wymierzone cele, Paul McCartney był teraz wyjątkowo spokojny. Na jego twarzy gościł szeroki uśmiech, co mogło być dziwne, skoro przed chwilą kobieta - co tam, kobieta, ledwo podlotek! - wypchnęła go właśnie z mieszkania, którego pustka była tak zachęcająca... Wiedział już, że dziewczyna nie ma w ogóle doświadczenia, skąd łatwy wniosek, że prosto będzie sobie ją owinąć wokół palca. Dlaczego tak się na nią uparł? W sumie sam nie wiedział. Może to głupia chęć zaimponowania samemu sobie, że nawet siedemnastoletnia, niedoświadczona panienka ulegnie właśnie jemu? Jakiegkolowiek powodu by nie miał, na pewno nie wypływał z dobrych i dojrzałych intencji.
Gwizdał cicho, a w głowie zaczęły się układać słowa do nowej piosenki. Uśmiechnął się, wiedząc już, o kim będzie ta piosenka.*
Kiedy tylko zamknęła za nim drzwi, miała ochotę rzucić czymś ciężkim. Najlepiej w niego, chociaż nie miała ochoty wybiegać w szlafroku na ulicę i zacząć go okładać pięściami. Nie rozumiała kotłujących się w niej uczuć. Z jednej strony był to jej pierwszy pocałunek, taki, o którym każda dziewczyna marzy, żeby był wyjątkowy, oddany komuś nadzwyczajnemu. Z drugiej strony nie mogła powiedzieć, że jej się nie podobało i właśnie to ją martwiło. Przemożna chęć kopnięcia go w tyłek mieszała się z ochotą rzucenia się mu w ramiona.
- Już mi się w dupie poprzewracało - mruknęła pod nosem i poszła do łazienki, żeby dokończyć kąpiel.

- John, co się dzieje?
- Co? - zdezorientowany blondyn otrząsnął się z letargu. Odkąd urodził się Julian, był trochę nieprzytomny. Do tego Brian zabronił mu pokazywać się z żoną publicznie... a to wcale nie pomagało w ociepleniu sytuacji rodzinnej. Zastanawiał się, czy tak naprawdę kiedyś ją kochał, czy tylko chciał zdobyć i przywiązać do siebie. Rozpaczliwie szukał kogoś, kto będzie przy nim w każdym momencie jego życia, kto będzie stanowił pewnego rodzaju kostans. Cynthia nie była kobietą, która wychylała się z własnymi poglądami. Nie potrzebował kłopotu, potrzebował oparcia. Spokojna, cicha, niekonfliktowa Cyn wydawała się być idealna. Jednak gdyby nie Julian, nigdy by się z nią nie ożenił... pieprzone poczucie honoru.
- John, co cię gryzie? - Ringo przysunął krzesło do siedzącego Lennona i rozsiadł się na nim wygodnie. - Widzę, że coś jest nie tak.
- Po prostu mam dość tego pierdolonego związku - wybuchnął John. - Ja się uduszę w tym małżeństwie!
Richard zapalił papierosa, jak to miał we zwyczaju za każdym razem, gdy zbierał się do poważnej rozmowy.
- Sam się w to wpakowałeś, chłopie.
- Dzięki przyjacielu. Wiedziałem, że mogę oczekiwać nie ciepłe słowa otuchy z twojej strony.
- Nie wymagaj ode mnie kłamstw - spojrzał na niego cierpko. - Sam sprowadziłeś na siebie to nieszczęście, którego nieszczęściem bym nie nazywał, to zamiast biadolić i użalać się nad tym, jak jest źle i niedobrze, ruszyłbyś swój zacny tyłek i spróbował chociaż raz spojrzeć na to z szerszej perspektywy. Chłopie, ty nie powinieneś mieć dzieci, a już na pewno nie w tak młodym wieku!
- Powiedz mi coś, czego nie wiem.

W mieszkaniu Briana rozdzwonił się dla odmiany telefon. Rozeźlona Margaret szarpnęła za słuchawkę.
- Tak, słucham? - jej głos mógłby zamrozić nawet słońce na pustyni.
- Chyba dzwonię nie w porę - w słuchawce rozległ się głęboki głos Epsteina.
- Wybacz Brian, brałam prysznic.
- Nie szkodzi skarbie. Nie nudzisz się tam sama?
- Nie, wszystko gra - uspokajała go. “Jak cholera” pomyślała z przekąsem.
- Pomyślałem, że może poszłabyś gdzieś na miasto... z chłopakami.
Maggie prawie wypuściła słuchawkę z ręki.
- Żartujesz, prawda?
- Rozmawiałem z nimi, bardzo się cieszyli, że będą ci mogli pokazać miasto.. Będą o ósmej.

(dziesięć minut wcześniej)
- Nie będę niańczył żadnej rozwydrzonej siedemnastolatki!
- Potraktuj to jak polecenie służbowe, John.


*Chodzi oczywiście o “I saw her standing there” :>
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:


0 komentarzy
Następne Poprzednie




[ Am & layout4you ]



księga:

zobacz
dodaj

archiwum:

2011
styczeń (5)



linki:

Szablony i dodatki
Alcoholic!
Layout4u