Odprowadzę cię? Kruszynko? Te trzy słowa niespecjalnie pasowały Maggie w kontekście jej własnej osoby, szczególnie wypowiadane przez Boskie Usta Boskiego Paula.
- Eee... - zacięła się elokwentnie. - Dzięki, ale myślę, że sobie poradzę.
- Dama nie może sama włóczyć się po ciemnych korytarzach tego przybytku - słowom tym, wypowiedzianym z charakterystycznym liverpoolskim akcentem, towarzyszyło podanie ramienia dziewczynie. Ta spojrzała na niego jakby miała do czynienia z wariatem.
- Chłopie, na głowę żeś upadł, że się tak wyrażasz? Ja mam siedemnaście lat, nie siedemdziesiąt!
Paul roześmiał się głośno, choć w jego głosie słychać było wyraźną ulgę.
- Całe szczęście, że nie zachowujesz się jak mała zasmarkana damulka. Eppie kazał być dla ciebie miłym, więc starałem się jak mogłem - puścił do niej oko i włożył dłonie w kieszenie. Z wesołymi iskierkami i pozie, którą przyjął, było coś mimowolnie zawadiackiego. Margaret przyjrzała mu się krytycznie. Skąd jej nagła niechęć do uwielbianych na całym świecie Chłopców? "Za szybko wyciągam wnioski", wymierzyła sobie mentalny policzek.
- To co, idziesz? - kiedy się ocknęła, McCartney był już kilka kroków przed nią.
- Idę, idę! - podeszła do niego i uśmiechnęła się. - Czuję, że dobrze wam się współpracuje z Brianem.
- Ba. Mało powiedziane. To jest żywa machina do zarabiania pieniędzy. Nie zrozum mnie źle - dodał szybko - nie chodzi o to, że traktujemy go przyjaźnie tylko dlatego, że mamy pieniędzy jak lodu. Jest dla nas kimś w rodzaju ojca. A ty... kim właściwie dla niego jesteś? - spytał, jakby nagle wyczuwając zagrożenie ze strony młodej towarzyszki.
- Jestem siostrą jego przyjaciółki z młodości. Młodszej młodości, Brian nie jest jeszcze taki stary. - Poprawiła się. - Nazywam go żartobliwie wujciem, ale nie ma między nami żadnego pokrewieństwa. Zresztą mieszkam w Liverpoolu, więc mogłam obserwować waszą karierę od początku.
Szli tak powoli, nie zwracając uwagi na ludzi krzątających się wokół nich. Stanowili dość zabawną parę, szczególnie, gdy spojrzało się na ich różnicę wzrostu - około dwudziestu centymetrów. Rozmawiali o czymś, oboje wyraźnie skrępowani swoim towarzystwem. Nie wiadomo, co powodowało ten chłodny dystans - zapewnienia Briana o "ucięciu łap" czy też może fakt, iż dopiero co się poznali?
- Dzięki za odprowadzenie. E, to do zobaczenia? - wyciągnęła ku niemu dłoń, by pożegnać się w ten formalny sposób. Przyzwyczajony do "och, kochany, nie odchodź, zostań jeszcze!" Beatles przez chwilę wpatrywał się w jej dłoń.
- Powinieneś uścisnąć - podpowiedziała mu, patrząc na niego kpiąco.
- Co? A, tak, wiem. - uścisnął szybko jej dłoń. Maggie odwróciła się i wyszła ze studia BBC, by tam poczekać na "wujcia".
- I co? I co? I CO? - krzyknął mu do ucha John, gdy tylko wrócił do garderoby. Paul spojrzał na niego z niesmakiem.
- Nie zachowuj się jak rozhisteryzowana nastolatka.
John spojrzał na niego z rezygnacją.
- Czyli nie będzie miziu-miziu? Nie patrz tak na mnie, od początku widzę, że masz na nią chętkę. Czyżby Panna Dystyngowanna odrzuciła twoje końskie zaloty?
Zanim McCartney zdążył mu się odgryźć w drzwiach stanął Epstein, wręcz promieniejący zadowoleniem i dumą ze swoich podopiecznych.
- Jak zwykle idealni. Ale mam dla was jeszcze lepszą wiadomość - jadę załatwiać sprawy związane z październikowym tournee po Szkocji. Nie będzie mnie kilka dni w Londynie, ale chciałbym, żebyście pojechali dzisiaj ze mną do mieszkania, omówić kilka istotnych spraw. Ringo, mogę cię prosić na słówko?
Zdziwiony perkusista wstał i jak zwykle bez słowa podszedł do menadżera.
Wieczór upłynął im w szampańskich - dosłownie - nastrojach. Rozmawiali o wszystkim, starając się unikać poważnych tematów. Omówili szkocką trasę i określili warunki, ale potem przystąpili do żartowania. Margaret obserwowała ich, po czym wyciągnęła wniosek, że to wciąż chłopcy, a nie poważni mężczyźni, którymi powinni już być. Traktowali ją trochę jak małe dziecko, choć w rzeczywistości powinno być na odwrót. Jedynie Ringo zabawiał ją rozmową, widząc jej wyraźne skrępowanie. Wydawał się być miłym, spokojnym facetem, który niejednokrotnie ostudzał zapał pozostałych, wymagając od nich konkretów, a nie tylko błahych mrzonek. Mimo wszystko wymówiła się bólem głowy i czmychnęła do drugiego pokoju. Nie było jednak jej dane zaznać spokoju.
- Dlaczego cały czas uciekasz, kiedy tylko pojawiamy się w twoim otoczeniu? Chyba się nie boisz? - spojrzał na nią roześmiany Paul, wchodząc do sypialni, w której skryła się z książką. - Ile ty masz właściwie lat?
- Siedemnaście. - odpowiedziała, siadając prosto i odkładając książkę na bok. - Jestem w college'u.
- Well, she was just seventeen, you know what I mean... - zanucił cicho takim głosem, że Maggie zarumieniła się lekko. Basista nie był do końca trzeźwy, ale nie stracił jeszcze kontaktu z rzeczywistością. Po prostu był trochę bardziej rozluźniony niż zwykle. O ile się da.
- Zastanawia mnie, czemu w ogóle się tobą interesuję. - powiedział, nagle poirytowany. - Jesteś tylko kolejną siedemnastolatką, którą spotykam.
Już chciała mu powiedzieć coś kąśliwego, gdy drzwi się uchyliły i wpadła do nich reszta towarzyszy. Nie mieli szans, stratowani przez trójkę przyjaciół.
Margaret rozkoszowała się błogą ciszą, która dźwięczała jej w uszach, a o której marzyła od wczorajszego wieczoru. Brian wyjechał na cztery dni zostawiając jej swoje mieszkanie pod opieką, pełną lodówkę i wolną rękę. Ale dla niej najważniejszą rzeczą, którą mogła się teraz nacieszyć bez ograniczeń, była wielka biblioteczka stojąca w salonie i półka z płytami winylowymi, na które Eppie nie szczędził pieniędzy. Po przebudzeniu wstała, ziewnęła i wyciągnęła starannie wybraną książkę z półki. Nastawiwszy cicho gramofon, z którego popłynęło żywe "Twist and shout!", wróciła do czytania opowiadań Michaiła Bułhakowa. Chociaż uwielbiała książki, dzisiaj wyjątkowo nie mogła się skupić, bo wciąż nachodziła ją wizja brązowych, smutnych, wielkich jak u spaniela oczu.
Zaczęła się robić podejrzliwa. Nigdy nie chciała z góry oceniać nowo poznanych ludzi, ale wystarczyło jej to, że słyszała kilka ich rozmów, tak diametralnie różniących się od ich wizerunku medialnego. Sam Epstein często powtarzał, że "to dobre chłopaki, tylko za rzadko myślą głową", co tylko potwierdzało jej przypuszczenia. Nie było w tym jednak nic nagannego, bo przecież skoro mieli sławę i pieniądze, dlaczego mieliby nie korzystać i z jednego i z drugiego? A kobiety, które decydowały się na spędzenie jednej, czasem dwóch nocy z nimi, doskonale powinny wiedzieć, w co się pakują. Nie dało się jednak zaprzeczyć, że Paul i John niejednokrotnie odkrywali swoją samczą stronę i wychodził z nich zwykły sukinsyn. Czasem bagatelizowali całą sprawę, jakby nie wiedzieli, że jeden ich uśmiech może złamać całe życie dziewczyny.
Dopiero natarczywy dźwięk dzwonka wyrwał ją z zamyślenia. Zła, że musi wychodzić z ciepłego posłania, powlokła się do drzwi. Ku swojemu zaskoczeniu zobaczyła w nich Paula.
- Cześć, kruszynko.
- Nadal nie wiem, czemu tak do mnie mówisz. Brian wyjechał i kazał mi nie wpuszczać was do domu, bredząc coś o wilkach owczej skórze.
- Pytanie więc, czy jesteś gotowa podjąć tak wielkie ryzyko, jakim niewątpliwie jest wpuszczenie mnie do środka? - powiedział z jawną kpiną.
- Myślę, że podołam. Ale jest siódma rano, o tej porze nawet twój urok osobisty szwankuje. - przesunęła się, tak, by mógł wejść do środka. Zamknęła drzwi i wróciła do salonu.
- Wybacz za mój mało seksowny strój - powiedziała, patrząc na powyciąganą piżamę i w pośpiechu zarzucony bawełniany szlafrok. Jedyną osobą, której się spodziewałam jest listonosz, a on raczej nie padłby na zawał widząc mnie w takim wydaniu.
- Jest okej, nie przejmuj się. - odparł, jakby nie dostrzegł wyraźnej ironii w jej głosie.
- Kawy?
- Z chęcią - wziął do ręki książkę, którą czytała kilkanaście minut temu. - Bułhakow? Nie wiedziałem, że lubisz literaturę rosyjską.
- A także angielską, niemiecką, francuską... właściwie każdą, pod warunkiem, że jest dobra.
- Lubisz czytać, co? Problem w tym, kruszynko, że z książek życia się nie nauczysz.
Odwróciła się ku niemu i oparła o blat kuchenny.
- Nieprawda. Zamiast popełniać błędy i odczuwać ich skutki na własnej skórze, czytam o cudzych.
- A co będziesz potem wspominać? Wieczory przy kominku razem z kotami? Swoje idealnie nudne życie? Szarą codzienność? Popełniłem wiele błędów...
- I stałem się cynicznym, zapatrzonym w siebie dupkiem? - powiedziała z niechęcią.
- Umiejętność wydawania zbyt pochopnych opinii też wyczytałaś z tych swoich mądrych książeczek? - McCartney znalazł się teraz zdecydowanie zbyt blisko niej. Przełknęła głośno ślinę, czując jego męski zapach stanowczo ZBYT BLISKO. Zacisnęła powieki.
- A prawda jest taka... - wymruczał jak kot - że chuja wiesz na mój temat. Nie kłopocz się, kawę wypiję po drodze.
Gdy otworzyła oczy jego już nie było.
Nastrój:
tagi: