And when I, I want to kiss you, yeah.
All I gotta do,
Is whisper in your ear
The words you long to hear,
And I'll be kissin' you
- Mimo wszystko rozumiem ich opór przed wprowadzaniem krewnych i znajomych królika do studia nagraniowego – powiedziała Maggie, składając porozrzucane po całym mieszkaniu koszule Briana. Porządek albo nie był jego najmocniejszą stroną, albo najzwyczajniej nie miał na niego czasu. Cały czas załatwiał sprawy związane z zespołem, więc praktycznie nie przebywał w domu.
- Dlaczego? – spytał tylko, zawiązując krawat przed lustrem. Po chwili dodał jeszcze – jesteś jedną z nielicznych znanych mi kobiet, które postrzegają ich wybór jako dobry. Niejedna duszyczka dałaby wszystko co ma, by zobaczyć ich w studiu.
- Mógłbyś się skupić, gdyby jakaś rozwrzeszczana fanka kłapałaby ci dziobem nad głową? Nie wiem jak ty, ale ja najchętniej zdzieliłabym ją gitarą w łeb. Może by otrzeźwiała – zauważyła z przekąsem. – Nie rozumiem ich zachowania. To znaczy, wiesz, fakt, brzydcy to oni nie są, śpiewać umieją, a uśmiechy mają powalające. Tylko żeby od razu tracić rozum? Zdarzało mi się chodzić trzy dni po domu nucąc po nosem „Love, love me do, you know I love you”, ale to co się dzieje na ich koncertach to jest tragifarsa!
- Ale przynajmniej opłacalna tragifarsa – uśmiechnął się, gdy dostrzegł jadowite spojrzenie Maggie odbijające się w lustrze – Idziesz czy zostajesz, kochana?
- Idę, nie odpuszczę!
Maggie zachwycała się tętniącym życiem Londynem. Było w nim coś, czego nie było w, chociaż dużym, Liverpoolu. Jej rodzinne miasto było portem, może dlatego tak bardzo różniło się od stolicy Anglii. Była oczarowana mnogością sklepów, wielobarwnym tłumem, Big Benem i temu podobnymi. Zachwyciło ją muzeum figur woskowych Madame Tussaud, Tower Bridge czy Muzeum Historii Naturalnej. Gdyby nie to, że rozumiała, iż towarzyszący jej mężczyzna musiał spieszyć się do pracy, z chęcią weszła by do wszystkich atrakcji po drodze. Czuła się jak małe dziecko, które dostało lizaka, jednak w końcu odprowadziła go na Abeby Road. Ich obecność na ulicy wzbudziła niezwykłe poruszenie w budynku.
- Psst, John, znowu tu idą!
- Są razem?! – Lennon zerwał się z krzesła i wyjrzał na ulicę.
- Zdaje mi się, że to właśnie próbujecie ustalić, prawda? Wiecie, że to się nazywa „niezdrowe zainteresowanie czyimś życiem”? – Paul stanął obok Johna i Ringo i wyjrzał za okno, odpalając papierosa. Zaciągnął się dymem i spojrzał na towarzyszkę ich menadżera.
- Jakaś taka młoda, nie uważacie? Z chłopców przerzucił się na nieletnie? – przyglądał się parze za oknem, żywo o czymś dyskutującej.
- Ej, Paulie, czyżby niezdrowe zainteresowanie czyimś życiem? – spojrzał na niego rozbawiony John. – Wydawało mi się, że takie bzdury cię nie interesują?
- Jestem niczym wasz brat – McCartney położył dłoń na swej piersi w dramatycznym geście – Co was interesuje, to interesuje i mnie! W jaką sprawę się angażujecie, to i ja się angażuję całym sobą! Co wasze, to moje! Co moje, to w… dobra, chyba się trochę zagalopowałem. Okej, okej, wracamy do gry!
- The one, the two, the three!
Brian wszedł do studia i stanął obok Georga Martina w reżyserce. Spojrzał na swoich podopiecznych z nieukrywaną radością. Nie tylko dzięki nim dobrze zarabiał, ale był też pewny, że wpisze się na stałe do historii muzyki. Już niedługo jego przypuszczenia miały się sprawdzić.
- Eppie! Kochany mój! – wydarł się Harrison na jego widok. – Z kim tak bezczelnie romansujesz?!
Mężczyzna spojrzał na niego ze zdziwieniem, choć nie bez rumieńca na twarzy. Kompletnie nie spodziewał się takiego pytania, tymbardziej, że jego obserwacja była tajemnicą poliszynela. W ogóle nie pomyślał, że ktoś mógłby go podejrzewać o schadzki z młodziutką Margaret!
- Cóż to była tajemnicza kobitka za oknem, Brian? Czyżbyś wychodził na prostą? – John oparł się o framugę drzwi i splótł ręce na wysokości piersi. – I nic nam o tym nie mówisz?
- Przestańcie w tej chwili, nie macie lepszych rzeczy do roboty? – nie miał ochoty wystawiać im jak na srebrnej tacy własnej siostrzenicy, szczególnie że Chłopcy nie ukrywali zainteresowania płcią piękniejszą.
- Powiedz chociaż kim jest ta urocza istota, zanim zaczniemy cię podejrzewać o pedofilię – do pokoju wszedł teraz także Paul, odpalając kolejnego papierosa. Epstein spojrzał na niego z niesmakiem.
- Nałóg cię wykończy. Oby wcześniej niż później.
Paul posłał mu jeden ze swoich powalających uśmiechów, któremu nikt nie mógł się oprzeć. Menadżer nie był tu wyjątkiem. W końcu westchnął cicho i powiedział:
- Moja siostrzenica. Przyszywana. Dowiem się, że którykolwiek z was ją tknął choćby palcem, to własnoręcznie utnę mu łapy. Nie żartuję. Jeden z was nigdy więcej nie będzie mógł grać.
- Ale seks nadal będzie wchodził w grę – wzruszył ramionami John. Ringo parsknął cicho, widząc miażdżące spojrzenie Briana. Tylko Paul nic nie mówił, wyraźnie zastanawiając się nad czymś intensywnie.
***
- Chryste panie, ogłuchłem! – krzyknął John na tyle głośno, na ile pozwalało mu na to zdarte gardło. – Do jasnej cholery, jak one się nie zamkną to ja to zrobię, jak mamcię kocham!
- A ty opierałbyś się takim pięknym, niewinnym uśmiechom? Ja mdleję na ten widok każdego dnia rano, gdy tylko patrzę w lustro.
- Z taką twarzą jak twoja też bym mdlał, Paul. Z przerażenia.
- Ale do Hamburga to by się w sumie chętnie wróciło… - rozmarzył się ni z tego, ni z owego George, opierając głowę o dłoń. – Ech, było w tym coś magicznego. A teraz? Brytyjki są takie… dystyngowane!
- Za to jak wskakują ci do łóżka to nie narzekasz, co? – zakpił John.
- …znowu rozmawiacie o seksie? – głowa Ringo pojawiła się w drzwiach. – Jesteście tacy monotematyczni. Trochę inwencji twórczej, panowie! Piszecie takie piękne teksty o miłości!
„Spokojnie, przecież cię nie zjedzą” – pomyślała Maggie w drodze do garderoby Beatlesów. „To dobrzy faceci. Spytasz tylko o to, gdzie ich menadżer, grzecznie podziękujesz, rzucisz coś o autografach i wyjdziesz”. W końcu stanęła przed drzwiami i zapukała. Po usłyszeniu chóralnego „proszę” weszła i zetknęła się twarzą w twarz z czwórką wlepionych w nią par oczu.
- Eee, przepraszam, że przeszkadzam – zamrugała, zaskoczona intensywnością ich spojrzeń. Cofnęła się lekko, instynktownie podchodząc bliżej drzwi. – Szukałam tylko Briana. Nie wiecie, gdzie może być?
- Niestety nie, przykro mi – pierwszy odezwał się Paul. – Może jest w gabinecie dyrektora.
- Prosząc grzecznie o kolejny występ… - dodał John z szelmowskim uśmiechem, za co dostał kuksańca. Paul spojrzał na niego, po czym pewien że John zrozumiał jego spojrzenie, dokończył:
- Ale zawsze możesz poczekać tu z nami, piękna pani.
Zmieszana Maggie zarumieniła się po same czubki swoich brązowych włosów.
- Mniemam, że to ty wczoraj odprowadzałaś tego starego szelmę pod nasze studio? Ty jesteś jego siostrzenicą? Nie sądzę, by jakakolwiek dziewczyna w twoim wieku była z nim po imieniu.
- Nigdy nie wiesz, co robi nasz kochany Eppie w samotności.
- John, zamknij się.
Oczy Margaret robiły się coraz większe. Spojrzała na nich tak zdziwiona, że nie była w stanie wykrztusić słowa. - Dzięki za propozycję, ale… lepiej poczekam na niego na zewnątrz. Miło było was poznać – czym prędzej czmychnęła z garderoby.
- Kim są, do cholery – powiedziala pod nosem. – ci faceci?
Nagle poczuła, jak drzwi pod jej plecami próbują się otworzyć. Odskoczyła akurat by zobaczyć w nich uśmiechniętą twarz Paula.
- Odprowadzę cię, kruszynko.
Nastrój:
tagi: