Powrót

Rozdział I

czwartek, 6.stycznia.2011, 16:42
Close your eyes and I'll kiss you
Tomorrow I'll miss you,
Remember I'll always be true.
And then while I'm away,
I'll write home every day
And I'll send all my loving to you.


Londyn, 1963.
- Kurwa, John, czy mógłbyś zagrać dzisiaj chociaż jedną cholerną nutę poprawnie? - Paul McCartney spojrzał groźnie na swojego przyjaciela. Po ostatniej nocy żaden z nich nie miał ani weny twórczej, ani chęci, ani nawet siły do grania. Pomimo że wszyscy czterej bezsprzecznie kochali muzykę (a także, nie czarujmy się, profity, które z niej płynęły), to nawet w ich życiu zdarzały się chwile, kiedy najchętniej rzuciliby instrumentami o podłogę i wybiegli z krzykiem ze studia.
- Staram się, nie widzisz? - wycedził przez zęby Lennon, odwzajemniając się jeszcze groźniejszym spojrzeniem zmrużonych oczu, w którym było równocześnie coś wyzywającego - pozostałość po szalonych latach bolesnego procesu dorastania. Dzisiejszy poranek stanowczo nie należał do najmilszych i najciekawszych poranków jego życia. Wręcz przeciwnie.
- Może gdybyś założył okulary to w końcu zacząłbyś dostrzegać gdzie leżą struny - dogryzł mu najmłodszy z Beatlesów, George. Jedynie Ringo siedział całkiem spokojnie przy swojej ukochanej perkusji, paląc jak zawsze papierosa. Czasem naprawdę zastanawiało go, dlaczego u licha los kazał spotkać się czwórce tak różnych osobowości? A co dziwniejsze, z tego spotkania wyszły same dobre rzeczy. Jak na razie. Jako jedyny z całej czwórki Beatlesów był takim, jakim przedstawiały go media - spokojnym, nieskomplikowanym facetem z poczuciem humoru.
I dużym nosem.
- Zamknij się George. Stanowczo muszę się trochę przespać.
- Dla odmiany prześpij się sam, a nie prześpij się z kimś.
- Zabawne jak cholera. Ja przynajmniej mam z kim sypiać - odciął mu się muzyk i zaczął brzdąkać na swojej gitarze marki Rickenbacker.
Paul wzniósł oczy ku górze. Nie, wcale nie miał dość. Czego miałby nie lubić w swoim kawalerskim życiu? Tabuny, stada biegających za nim kobiet. Co noc inna dziewczyna w łóżku. Niepłacenie rachunków w restauracjach. Wygodne mieszkanie. Swobodny dostęp do zwykle trudnych do zdobycia, khem, środków odurzających. Co najzabawniejsze, nawet nie wiedział, ile ma pieniędzy - bo i po co? Brian jak zwykle wszystko załatwiał wystarczyło mu odesłać rachunek.
Byłby hipokrytą, gdyby powiedział, że takie życie mu nie odpowiada. Cholera, człowiek w wieku dwudziestu jeden lat naprawdę nie pragnie kogoś, kto wywróci jego życie i zrobi w nim burdel. Wraz z trójką przyjaciół uwił swoje gniazdko i w nim egzystował. Zero zobowiązań, poza tymi wobec wytwórni. Sam sobie panem i wyrocznią.
- Zajmijmy się lepiej już graniem, bo Eppie nas prześwięci.

W Woolton - jednej z dzielnic Liverpoolu - było cicho i spokojnie. Nikt nie biegał, nikt nie krzyczał, nikt nie robił zamieszania. Uczniowie powyjeżdżali na wakacje lub zaszyli się w innych dzielnicach Liverpoolu, dorośli poszli w pracy, względnie siedzieli w domach przy herbacie. Dzień jak co dzień.
Tym dziwniejsze było pojawienie się jednego z najbardziej wpływowych - choć niekoniecznie znanych - ludzi obecnego dziesięciolecia. Brian Epstein, bo tak właśnie się nazwał, zastukał do drzwi domu przy Mabeley Street 165. Po chwili oczekiwania drzwi uchyliły się i stanęła w nich niska, pulchna kobieta, która uśmiechnęła się szeroko na jego widok.
- Brian! Taka niespodzianka! - przepuściła go, tak by mógł wejść do jej przytulnego domku. Epstein uśmiechnął się do niej i zaczął ściągać w przedpokoju płaszcz. Po chwili siedzieli już w salonie, a kobieta raczyła go świeżo zaparzoną herbatą. Mimo młodego wieku wychowywała swoją siostrę - ich rodzice zginęli kilka lat temu w nieszczęśliwym wypadku samochodowym.
- Co cię tu sprowadza, kochany? Myślałam, że przebywasz ze swoimi chłopakami w Londynie - spytała go po chwili. - Widziałam wiadomości. Robią wielką karierę, nieprawdaż?
Mężczyzna otworzył usta, ale Molly przerwała mu machnięciem dłoni.
- Nieważne, nieważne. Nie sądzę, byś miał ochotę o nich ciągle, w koło rozmawiać. Powiedz lepiej, co u ciebie!
- Trasa, koncerty, praca, nagrania, jeszcze więcej koncertów. Dla człowieka kochającego muzykę to raj - wykańczający, to prawda, ale raj - uśmiechnął się do kobiety.
Dawno nie był w tym domu. Wiedział jednak, że nic się tu nie zmieniło od czasów, kiedy gościł tu po raz ostatni. Molly dbała o siostrę tak, jakby była jej własnym dzieckiem. Panowała tu ciepła, miła atmosfera, której niejeden człowiek mógłby pozazdrościć. Ona nie dbała o konwenanse tak mocno, jak wiele starszych matron, wychowujących swoje córki na takie same nudziary, jakimi były same. Liczyły się ze zdaniem sąsiadów, dbał o to, by nie traciły cnoty z kimkolwiek poza własnym mężem. Gdyby tylko wiedziały że zazwyczaj miewało to odwrotny skutek...
- Margaret jest w domu, czy wyszła gdzieś z przyjaciółkami?
- Jest, jest zaraz ją zawołam - Molly podeszła do schodów i krzyknęła - Maggie! Wujek Brian przyjechał!
Po chwili dało się usłyszeć głośny tupot stóp zbiegających z góry na dół. Niedługo potem Brian nie widział już nic poza ciemnością, gdy "siostrzenica" rzuciła mu się na szyję, obdarzając gorącym uściskiem.
- Witaj, kochanie. Też się cieszę, że cię widzę - wysapał, próbując złapać oddech. - Co za powitanie.
Gdy usiadła w fotelu na przeciwko niego, przyjrzał jej się dokładniej. To nie była już mała dziewczynka, którą zapamiętał. Wyrosła na młodą kobietę, a do tego całkiem nieprzeciętną. Nie miała figury modelki, ale przeciwnie - była lekko zaokrąglona. Miała delikatną, jasną karnację, tu i ówdzie usianą piegami, które apogeum osiągnęły na jej małym nosie. Była szczęśliwą posiadaczką niebieskich oczu, które niewątpliwie były jednym z jej atutów, oraz włosów których koloru nie dało się inaczej określić, jak po prostu brązowe. Żadne tam kasztany, orzechy czy mahonie - zwykły, jasny brąz. Do tego wszystkiego nie niszczyła ich trwałymi, pozwalając spływać im na ramiona, a twarzy nie postarzała makijażem. Cały jej urok tkwił w jej lekkości i świeżości.
- Przyszedłem, bo mam właściwie sprawę do was dwóch. Są wakacje...
- Wujku, chyba nie masz na myśli... - zaczęła niespokojnie Margaret, przyglądając mu się podejrzliwie. Kiedyś obiecał jej, że tam pojadą. Molly nie chciała przenosić się do większego, niebezpiecznego miasta, ale była skłonna zgodzić się na krótki wyjazd pod okiem czujnego Briana. Byłaby spokojna, że młodszej siostrze nic nie grozi.
- Wyjazd do Londynu. Obiecałem ci, pamiętasz?
- Matko boska i wszyscy święci! I zastępy anielskie w gratisie! - krzyknęła siedemnastolatka. - Umarłam i poszłam do nieba? Naprawdę?
- W niebie są ładniejsze anioły.

***
Londyn, wciąż i niezmiennie rok 1963.
- Jasna cholera, Eppie wrócił! - George wbiegł do mieszkania Paula na tyle gwałtownie, że obudził basistę.
- Chłopie, co ty pierdzielisz od samego rana? Jest dopiero - tu udało się usłyszeć rozdzierający jęk, gdy McCartney spojrzał na tarczę zegara - szósta dwanaście, a ty już jesteś upalony?
- To nie żart, stary. Brian jest w drodze z lotniska do studia.
- Czy ten człowiek oszalał?! On chyba nie spodziewa się, że będziemy nagrywali po nocy? Od zmierzchu do świtu, a raczej - od świtu do następnego świtu? - mężczyzna od razu się rozbudził i wyskoczył z łóżka jak oparzony.
- Nie wiem, czego oczekuje, ale lepiej żebyśmy spełnili te oczekiwania. Nie mam serca sprawiać mu przykrości. To nieetyczne. Powinni zabronić bycia miłym.
- Nie gadaj, tylko lepiej dzwoń do reszty i każ im ruszyć swoje zacne tyłki! - Paul był w trakcie wciągania na siebie czystej koszuli. - To będzie długi dzień.
Kilkadziesiąt minut później Chłopcy w liczbie trzech - Ringo zagubił się gdzieś w akcji - pojawili się w studiu nagraniowym, zapewniając, że czujnie pracowali nad nagrywaniem płyty. Epstein wydawał się być zadowolonym z ich postępów i po omówieniu detali pokazał im grafik na najbliższe dni. Zgodnie z jego oczekiwaniami usłyszał pomruk niezadowolenia, który szybko ucichł pod jego spojrzeniem.
Wychodząc, minął zdyszanego Richarda, który stanął jak wryty na widok, którego był świadkiem.. Gdy Ringo wbiegł do studia, od razu ujawnił im Tajemnicę Miesiąca.
- Wiecie coś na temat tej kobiety, z którą właśnie idzie przez Abbey Road pod rękę nasz ukochany menadżer?
John i George jak jeden mąż rzucili się do okna.
- No ładnie, ładnie. To nam Eppie ściemniał ze swoim pedalstwem!* - gwizdnął Lennon z zaskoczeniem. - To mu dam popalić jutro.
Jedynie Paul znów wziął w objęcia najważniejszą kobietę swojego życia - gitarę.
- Zamiast pieprzyć, zajmijcie się lepiej pracą?
- Dobrze mamusiu - dogryzł mu John, ale potulnie zajął swoje miejsce.







* Żeby nie było niejasności - jestem tolerancyjna, ale John raczej "nie przepadał" za homoseksualistami. Tak jak większość ludzi w latach 60 (do 1967 roku homoseksualizm w Anglii był karany!).
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:


0 komentarzy
Następne Poprzednie




[ Am & layout4you ]



księga:

zobacz
dodaj

archiwum:

2011
styczeń (5)



linki:

Szablony i dodatki
Alcoholic!
Layout4u